Andrzej Chmiel

Franz Kafka

Kafka jest pigułką na absurd istnienia, proszkiem nas-sennym, placebo, pigułką szczęścia-nie-szczęścia, pigułką transferu wieczornej mgły mej egzaltacji, substytutem wsparcia literackiego ego całych pokoleń pisarzy (od Gabriel García Márquez’a, przez Jorge Luis Borgesa, Haruki Murakami, aż po Milana Kundere, czy Mrożka), Kafka jako drzwi otwierające-zamykające salony, owa ekscytująca forma wizualizacji własnej śmierci społeczno-zawodowej (kiedy nazwisko od jakiegoś czasu staje się już ciężarem-kamieniem, niedokończony poeta, skończony człowiek-robak, pan syn niezdolny do ożenku), zaiste to zbyt poetyczna śmierć, jednak wcale nie tak łatwo się zabić (radośnie upaść w rozdwojone ja uniwersum tekstu), nie tak łatwo rzucić się pod [erotyczny] pociąg własnych usiłowań, nie tak łatwo uciec od pustego świata w pustej trumnie (ostatnim astralnym pomieszczeniu), nie tak łatwo rzucić się w ocean tekstu z ciężką metaforą u szyi (niebezpieczeństwa literatury, literatura nie-możliwa, demony literatury), rewiry metafory, cienka lina sympatii pomiędzy ciężkimi metaforami się urywa. Skurcze i rozkurcze delikatnej tkanki tekstu (fragmentaryczność, mylenie czytelniczych tropów, incognito już odkryte, pierwszy rozdział niedokończonej prozy życia), jego wszystkie fluktuacje, pulsowanie życia i śmierci tekstu, paradoksalnie śmierć tekstu (owa gra w orła i reszkę o własne życie artystyczno-literackie, chodzenie po cienkiej linie pomiędzy człowiekiem-rodzinnym a zwierzęciem literackim) jest właśnie jego prawdziwym życiem-rytmem, tańcem po uskokach, niczym zaratustrański linoskoczek tańczy po cienkiej linie pomiędzy nienazwanymi jeszcze metaforami, nie tak łatwo w hipnotyzujący rytm praskiej katarynki igrać ze słowami (pierwsze słowo, ostatnie przekręcone słowo, ostatnie bluźnierstwo, pierwsze zmarszczki), z ich życiem i śmiercią, śmiało żonglować przenośniami, połykać ogień mrocznych sił namiętności, nosić cylinder czarodzieja słów…

Geniusz Kafki pozostaje na zawsze okryty snu rozumu tajemnicą.

Kafkologia i jej dogmatyzm? Muszę was kategorycznie rozczarować.

To się tak na prawdę nigdy nie wydarzyło, nie spotkałem nigdy F.Kafki in persona, na całkiem fałszywej pokręconej drodze sennych sofizmatów, nie przeżyłem wiecznego piekła prawdziwych artystów słowa, nie połknąłem tych pigułek, to był tylko zły sen w budzącym grozę czartowskim śnie.